Choć od zakończenia KLAMRY minął już prawie miesiąc, to myślę, że
jednak zawsze warto podsumować, zostawić jakiś ślad dla własnej pamięci po
wydarzeniu, spektaklach, które się widziało.
Lubię mieć świadomość pewnych zapisków,
tego, że gdy zapomnę treść (albo to, czy mi się podobało bądź też nie i
dlaczego tak ;)), to spojrzę tu, i już - mam!
Tegoroczna, XXII edycja KLAMRY była dla
mnie wielokrotnie zachwytem nad umiejętnościami aktorskimi, ruchowymi,
scenariuszem czy po prostu - realizacja. Ale nie obyło się bez rozczarowań.
Jednak mam wrażenie, że nie da się przed nimi uchronić. Nie ma możliwości, żeby
festiwal, który pokazuje 12 spektakli podobał się w 100%.
Co mnie zachwyciło?
Raczej bez zaskoczeń. W ciągu tych trzech
lat znalazłam już w tym "świecie alternatywnym" swoich faworytów. W
tym roku mnie nie zawiedli.
Zacznę od początku mych "achów",
czyli Teatr USTA USTA REPUBLIKA, który pokazał "Ucztę". Nie bez
powodu wygrali Nagrodę Publiczności (zresztą - moi faworyci także ;)). Choć
widziałam ich tylko jeden spektakl w latach poprzednich (niesamowite
"Ukryte" rozgrywane w całkowitej ciemności"), to z opowieści
innych osób (zwłaszcza teatrologów :D), zachwycił mnie całkowicie no i nie ma
co ukrywać - kupił. Swoim teatrem, aktorami, osobowościami, które tam
występują. Choć teatr nie balansował na cienkiej granicy widz-scena, to
"Uczta" była całkowicie otwarta na publiczność. Proponowała nam dobry
żart, oparty na prostym dowcipie, sytuacjach, ale przede wszystkim - niezwykłą
plastycznością aktorów. To oni wygrali ten spektakl i to oni swoimi kreacjami
wygrali też KLAMRĘ.
Moim kolejnym "ulubieńcem" to
Porywacze Ciał. Choć może dla niektórych ich "Partytury
rzeczywistości" trąciły myszką, obcykanym tematem, albo po prostu - nimi
samymi, to Porywacze znów mnie zachwycili. Adamczyk i Pawłowska, dwie
niesamowicie skrajne osobowości na scenie i w rzeczywistości, tak fantastycznie
się uzupełniają na scenie. Są trochę jak ogień i woda, nieposkromiony Adamczyk
i spokojna (choć też nie do końca!) Pawłowska. To nie kpina z ich strony,
w zasadzie czujemy cichą rozpacz ze sceny. No, może niekoniecznie aż tak cichą,
bo przybierająca absurdalne gesty, słowa, dźwięki. Ale to rozpacz 40-latków,
którzy może właśnie utknęli w tej swojej „porywaczowości”. W tym wiecznym
szaleństwie, a także w pogoni, do której dążą ich rówieśnicy. Być może
ustatkowani aktorzy, ludzie celebry ci. Doskonale wiemy, że Porywacze nie chcą
nimi być. Jednak odchodząc od jakiejś nadmiernej interpretacji, to formuła
spektaklu, wieczna zabawa przedmiotem, który u Porywaczy jest zawsze postawiona
na najwyższym poziomie (wykorzystanie „zastanej” barierki koncertowej w „Od
Nowie” – chyba zjednali tym moje serce na 200%). Ich gra słowem, cytaty
zaczerpnięte z otchłani absurdalności telewizyjnej, medialnej, ale i z samej
głowy Adamczyka są świetnym zbiorem dorobku myśli Porywaczy. Popkultura jest
workiem bez dna, więc Porywacze szybko nie zrezygnuje z tego „worka”. Grunt,
aby dalej szukali. Stali bywalcy KLAMRY wiedzą, że aktorzy potrafią zaszokować.
Mnie póki co zawsze porywają na swoich spektaklach.
Trzecim faworytem był debiutujący na KLAMRZE Teatr CHOREA. Gdy
wyszli na scenę i rozpoczęli swój ruch, słowo, to pierwsza myśl była: „KLAMRO,
czemu dopiero w tym roku?!”. Choć może to dobrze. Jestem świadkiem ich „zaistnienia”
na toruńskim festiwalu i głęboko wierzę, że pojawią się jeszcze wielokrotnie. A
mają co pokazać. Ich fizyczny teatr, ruch, tak bardzo czerpiący z eksperymentu
(cóż, sam MUZG w wydaniu przez „u” otwarte jest sporym eksperymentem), „męczenia”
ciała, które wydawało się mi, jako odbiorcy, tak bliskie, tak bardzo oddziaływujące
na mnie. To teatr niezwykle świadomy. Tego co robią i tego, co chcą pokazać. A
to, że są z Łodzi, mam nadzieję, tylko pomoże mi w śledzeniu ich działalności w
przyszłych latach, nie tylko na KLAMRZE.
Czwarty teatr, który wkradł mi się do ser ducha, to Wierszalin.
Nie wiem, czy zaważyła już tutaj ranga teatru i pewne przekonanie, że „wiadomo,
że Wierszalin nie da ciała”, bo prawdopodobnie to mocno zaważyło na mojej
ocenie „Boskiej komedii”. Nie wiem na ile był wierszalinowy (w porównaniu do
zeszłorocznego „Cudu zabłudowskiego” – niekoniecznie), ale ta formuła, cóż,
faktycznie komedii, była świetnym zakończeniem KLAMRY. Lekkim, który dał
poczucie, że teatr alternatywny ma się dobrze. Było widać w „Boskiej komedii”
obecność kogoś „obcego”, spoza teatru (mowa o słowackim reżyserze), który
wyciągnął z aktorów pokłady komediowości. Ascetyzm scenografii dawał tak duże
pole popisu manipulowania ruchem, rekwizytami, prawie że cyrkowymi sztuczkami,
że w pewnym momencie miałam wrażenie, że widzę przed sobą dwie, cyrkowe areny.
Ta lekkość urzekła i za tą lekkość dziękuję Wierszalinowi.
A jak pozostałe teatry?
Może w lekkim skrócie:
Scena Plastyczna KUL – nareszcie ujrzałam legendę teatru
plastycznego i… niestety, nie kupiło mnie. A tak bardzo chciałam wejść w tę
krainę ciemności Leszka Mądzika.
Teatr Formy – niestety, po ubiegłorocznej „Pandorze”, teatr
przekonał mnie, że zwyczajnie ich „nie czuję”. Nie moja bajka. Zdecydowany przerost
formy nad treścią. Czyli nazwa nieprzypadkowa.
Arek Jakubik & Jazz Out – czasem smuci, że artyści bawią się
lepiej na scenie niż widzowie. Cóż, wspaniałą muzykę usłyszeliśmy, niestety, z
treścią trochę gorzej. Zdecydowanie #1rozczarowanie.
Sopocki Teatr Tańca – choć lubię ich jako artystów, teatr, który
kiedyś wiele dokonał na polskiej scenie tanecznej, tak chyba teraz patrzę na
nich już z czystym przyzwyczajeniem, bez zaskoczeń. Czekam na moment odcięcia
się teatru od jakiejkolwiek formy narzuconej przez sztukę, literaturę,
filozofię, itp.
Toruńska Grupa Improwizacji TERAZ – przyjemny spektakl (?), który
rozładował napięcie klamrowe, które jednak przeszło na wykonawców. Jednak
atmosfera małych pubów jest bardziej sprzyjająca dla TERAZ.
Steller/Dziemaszkiewicz – czekałam na „coś”, „coś” dostałam, choć
chyba w zbyt intensywnej formie. #2rozczarowanie
KANA – wspaniali artyści, choć nadal intensywnie poszukujący w
swojej twórczości od śmierci Duczyńskiego. Jednak tajemniczość, urok Htelu Misery
deLuxe pociągnął i mnie. Zdecydowanie lepiej, niż „Niewypowiedziane”, które
widziałam 2 lata temu.
ME/ST – nie wiem czy to rozczarowanie, może niekoniecznie,
właściwie nie nastawiałam się ani na „och”, ani na coś „na nie”. Choć ciekawie
było ujrzeć w spektaklu, też samą siebie, to nie do końca czułam klimat „warszawskiej
kobiety”. No cóż, po prostu nią nie jestem ;)
Aktualnie mogę tylko z niecierpliwością czekać na 23. KLAMRĘ, moją
ostatnią po tej drugiej stronie, w białej, eleganckiej koszuli, a nie na ławce,
z karnetem w ławce. KLAMRA urzeka i wiem, że dopóki będę mogła, to będę wracać
do Torunia, do „Od Nowy” na te twarde ławki, ale na dawkę teatru, który od
trzech lat kształtuję mocno jakiś mój gust, moje upodobania, ale przede
wszystkim – moc historii.
Na koniec wrzucam link podsumowujący KLAMRĘ, gdyż (!) dodatkowo w
tym roku znowu dziennikarzy łam z kołnierzykiem. Jest z przymrużeniem oka, choć
są odcinki zdecydowanie na poważnie, które zresztą też polecam.
KLAMRA za mną, oprócz tego jeszcze kilka wydarzeń (dokładnie mam
ich tutaj do opisania trzy plus płyty dwie). Czyli muszę nadrabiać, żeby być w
miarę na bieżąco. Blogowanie zobowiązuje ;)