środa, 2 kwietnia 2014

Klamra KLAMRY

Choć od zakończenia KLAMRY minął już prawie miesiąc, to myślę, że jednak zawsze warto podsumować, zostawić jakiś ślad dla własnej pamięci po wydarzeniu, spektaklach, które się widziało.

Lubię mieć świadomość pewnych zapisków, tego, że gdy zapomnę treść (albo to, czy mi się podobało bądź też nie i dlaczego tak ;)), to spojrzę tu, i już - mam! 


Tegoroczna, XXII edycja KLAMRY była dla mnie wielokrotnie zachwytem nad umiejętnościami aktorskimi, ruchowymi, scenariuszem czy po prostu - realizacja. Ale nie obyło się bez rozczarowań. Jednak mam wrażenie, że nie da się przed nimi uchronić. Nie ma możliwości, żeby festiwal, który pokazuje 12 spektakli podobał się w 100%.

Co mnie zachwyciło?
Raczej bez zaskoczeń. W ciągu tych trzech lat znalazłam już w tym "świecie alternatywnym" swoich faworytów. W tym roku mnie nie zawiedli. 

Zacznę od początku mych "achów", czyli Teatr USTA USTA REPUBLIKA, który pokazał "Ucztę". Nie bez powodu wygrali Nagrodę Publiczności (zresztą - moi faworyci także ;)). Choć widziałam ich tylko jeden spektakl w latach poprzednich (niesamowite "Ukryte" rozgrywane w całkowitej ciemności"), to z opowieści innych osób (zwłaszcza teatrologów :D), zachwycił mnie całkowicie no i nie ma co ukrywać - kupił. Swoim teatrem, aktorami, osobowościami, które tam występują. Choć teatr nie balansował na cienkiej granicy widz-scena, to "Uczta" była całkowicie otwarta na publiczność. Proponowała nam dobry żart, oparty na prostym dowcipie, sytuacjach, ale przede wszystkim - niezwykłą plastycznością aktorów. To oni wygrali ten spektakl i to oni swoimi kreacjami wygrali też KLAMRĘ.

Moim kolejnym "ulubieńcem" to Porywacze Ciał. Choć może dla niektórych ich "Partytury rzeczywistości" trąciły myszką, obcykanym tematem, albo po prostu - nimi samymi, to Porywacze znów mnie zachwycili. Adamczyk i Pawłowska, dwie niesamowicie skrajne osobowości na scenie i w rzeczywistości, tak fantastycznie się uzupełniają na scenie. Są trochę jak ogień i woda, nieposkromiony Adamczyk i spokojna (choć też nie do końca!) Pawłowska. To nie kpina z ich strony, w zasadzie czujemy cichą rozpacz ze sceny. No, może niekoniecznie aż tak cichą, bo przybierająca absurdalne gesty, słowa, dźwięki. Ale to rozpacz 40-latków, którzy może właśnie utknęli w tej swojej „porywaczowości”. W tym wiecznym szaleństwie, a także w pogoni, do której dążą ich rówieśnicy. Być może ustatkowani aktorzy, ludzie celebry ci. Doskonale wiemy, że Porywacze nie chcą nimi być. Jednak odchodząc od jakiejś nadmiernej interpretacji, to formuła spektaklu, wieczna zabawa przedmiotem, który u Porywaczy jest zawsze postawiona na najwyższym poziomie (wykorzystanie „zastanej” barierki koncertowej w „Od Nowie” – chyba zjednali tym moje serce na 200%). Ich gra słowem, cytaty zaczerpnięte z otchłani absurdalności telewizyjnej, medialnej, ale i z samej głowy Adamczyka są świetnym zbiorem dorobku myśli Porywaczy. Popkultura jest workiem bez dna, więc Porywacze szybko nie zrezygnuje z tego „worka”. Grunt, aby dalej szukali. Stali bywalcy KLAMRY wiedzą, że aktorzy potrafią zaszokować. Mnie póki co zawsze porywają na swoich spektaklach.

Trzecim faworytem był debiutujący na KLAMRZE Teatr CHOREA. Gdy wyszli na scenę i rozpoczęli swój ruch, słowo, to pierwsza myśl była: „KLAMRO, czemu dopiero w tym roku?!”. Choć może to dobrze. Jestem świadkiem ich „zaistnienia” na toruńskim festiwalu i głęboko wierzę, że pojawią się jeszcze wielokrotnie. A mają co pokazać. Ich fizyczny teatr, ruch, tak bardzo czerpiący z eksperymentu (cóż, sam MUZG w wydaniu przez „u” otwarte jest sporym eksperymentem), „męczenia” ciała, które wydawało się mi, jako odbiorcy, tak bliskie, tak bardzo oddziaływujące na mnie. To teatr niezwykle świadomy. Tego co robią i tego, co chcą pokazać. A to, że są z Łodzi, mam nadzieję, tylko pomoże mi w śledzeniu ich działalności w przyszłych latach, nie tylko na KLAMRZE.

Czwarty teatr, który wkradł mi się do ser ducha, to Wierszalin. Nie wiem, czy zaważyła już tutaj ranga teatru i pewne przekonanie, że „wiadomo, że Wierszalin nie da ciała”, bo prawdopodobnie to mocno zaważyło na mojej ocenie „Boskiej komedii”. Nie wiem na ile był wierszalinowy (w porównaniu do zeszłorocznego „Cudu zabłudowskiego” – niekoniecznie), ale ta formuła, cóż, faktycznie komedii, była świetnym zakończeniem KLAMRY. Lekkim, który dał poczucie, że teatr alternatywny ma się dobrze. Było widać w „Boskiej komedii” obecność kogoś „obcego”, spoza teatru (mowa o słowackim reżyserze), który wyciągnął z aktorów pokłady komediowości. Ascetyzm scenografii dawał tak duże pole popisu manipulowania ruchem, rekwizytami, prawie że cyrkowymi sztuczkami, że w pewnym momencie miałam wrażenie, że widzę przed sobą dwie, cyrkowe areny. Ta lekkość urzekła i za tą lekkość dziękuję Wierszalinowi.

A jak pozostałe teatry?
Może w lekkim skrócie:
Scena Plastyczna KUL – nareszcie ujrzałam legendę teatru plastycznego i… niestety, nie kupiło mnie. A tak bardzo chciałam wejść w tę krainę ciemności Leszka Mądzika.
Teatr Formy – niestety, po ubiegłorocznej „Pandorze”, teatr przekonał mnie, że zwyczajnie ich „nie czuję”. Nie moja bajka. Zdecydowany przerost formy nad treścią. Czyli nazwa nieprzypadkowa.
Arek Jakubik & Jazz Out – czasem smuci, że artyści bawią się lepiej na scenie niż widzowie. Cóż, wspaniałą muzykę usłyszeliśmy, niestety, z treścią trochę gorzej. Zdecydowanie #1rozczarowanie.
Sopocki Teatr Tańca – choć lubię ich jako artystów, teatr, który kiedyś wiele dokonał na polskiej scenie tanecznej, tak chyba teraz patrzę na nich już z czystym przyzwyczajeniem, bez zaskoczeń. Czekam na moment odcięcia się teatru od jakiejkolwiek formy narzuconej przez sztukę, literaturę, filozofię, itp.
Toruńska Grupa Improwizacji TERAZ – przyjemny spektakl (?), który rozładował napięcie klamrowe, które jednak przeszło na wykonawców. Jednak atmosfera małych pubów jest bardziej sprzyjająca dla TERAZ.
Steller/Dziemaszkiewicz – czekałam na „coś”, „coś” dostałam, choć chyba w zbyt intensywnej formie. #2rozczarowanie
KANA – wspaniali artyści, choć nadal intensywnie poszukujący w swojej twórczości od śmierci Duczyńskiego. Jednak tajemniczość, urok Htelu Misery deLuxe pociągnął i mnie. Zdecydowanie lepiej, niż „Niewypowiedziane”, które widziałam 2 lata temu.
ME/ST – nie wiem czy to rozczarowanie, może niekoniecznie, właściwie nie nastawiałam się ani na „och”, ani na coś „na nie”. Choć ciekawie było ujrzeć w spektaklu, też samą siebie, to nie do końca czułam klimat „warszawskiej kobiety”. No cóż, po prostu nią nie jestem ;)


Aktualnie mogę tylko z niecierpliwością czekać na 23. KLAMRĘ, moją ostatnią po tej drugiej stronie, w białej, eleganckiej koszuli, a nie na ławce, z karnetem w ławce. KLAMRA urzeka i wiem, że dopóki będę mogła, to będę wracać do Torunia, do „Od Nowy” na te twarde ławki, ale na dawkę teatru, który od trzech lat kształtuję mocno jakiś mój gust, moje upodobania, ale przede wszystkim – moc historii.

Na koniec wrzucam link podsumowujący KLAMRĘ, gdyż (!) dodatkowo w tym roku znowu dziennikarzy łam z kołnierzykiem. Jest z przymrużeniem oka, choć są odcinki zdecydowanie na poważnie, które zresztą też polecam.


KLAMRA za mną, oprócz tego jeszcze kilka wydarzeń (dokładnie mam ich tutaj do opisania trzy plus płyty dwie). Czyli muszę nadrabiać, żeby być w miarę na bieżąco. Blogowanie zobowiązuje ;)


3 komentarze:

  1. Po przeczytaniu jeszcze bardziej żałuję, że nie mogłam przyjechać :( Zdziwiłam się, że Jakubik@JazzOut uznałaś za największe rozczarowanie festiwalu, jakoś jak rozmawiałyśmy wtedy kilka tygodni temu, odniosłam wrażenie wręcz przeciwne, albo coś źle zrozumiałam ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo wydawało się to takie niesamowite, dziwne, trochę irracjonalne, dlatego chyba z początku była pewna akceptacja, jednak z chwili na chwilę wszystko było takie, "jeeeeeny, jak bardzo chciałam większego powera". Coś w ten deseń :P

      Usuń
    2. też tak czasem mam ;p z początku fajerwerki, a potem przychodzi opamiętanie :P

      Usuń